Menu Content/Inhalt
Na początek! arrow Z ostatniej chwili...
Advertisement
Advertisement
Advertisement
Z ostatniej chwili...
Zgubiłeś zwierzaka - zajrzyj

Powstał nowatorski portal - przydatny wszystkim, którzy zagubili swojego zwierzaka

http://zaginiony-znaleziony.pl

Zmieniony ( 25.09.2012. )
 
Kruszynka Milka odeszła [*]

Kolejna maleńka bidka - ofiara ludzkiej bezmyślności. Trzy ledwie żywe kociaki zostały znalezione kilka dni temu w okolicach Białegostoku. Schemat podobny - ktoś pozwolił by kotka miała małe. A potem okazał się być "szlachetny" - nie zakopał, nie utopił, nie uśpił. Ale uznał, ze 3 tygodniowe kocięta poradzą sobie samodzielnie i zostawił w szczerym polu. Gdyby nie pani Marta kotki czekałaby śmierć z głodu i pragnienia.
Jeden braciszek małej Milki nie przeżył. Ona sama może stracić oczko - do osłabionej kruszynki przyplatał się wirus. Nie wiadomo jak skończy się ta historia - malutka potrzebuje wielu ciepłych myśli. A wkrótce domu który pokochą ją z oczkiem lub bez :(

22 sierpnia Kruszynka Milka odeszła [*] - jej organizm nie poradził sobie z chorobą ...

Zmieniony ( 22.08.2012. )
 
Człowiek brzmi dumnie???

Trudno wierzyć w dobro człowieka oglądając krzywdę takiego maleństwa...

Malwinka została znaleziona dwa dni temu w przydrożnym rowie. Obolała, przerażona tuliła się kurczowo do ciałka martwego braciszka. Nie wiemy co się stało – obrażenia nie wskazują na wypadek komunikacyjny ani na poturbowanie przez psa. Wszystko wskazuje na to że jakiś „człowiek” pastwił się nad maleńkimi, bezbronnymi kociętami.

Malwinka miała poharataną żuchwę i łapkę wyrwaną ze stawu, porwane mięśnie. Przeszła dwie skomplikowane operacje – zdrutowano żuchwę i amputowano łapkę. Nie wiadomo czy przeżyje – dla maleńkiego organizmu to wielkie wyzwanie. Czepia się jednak życia wszystkimi pozostałymi pazurkami.
Potrzebuje wiele ciepłych myśli. I domu – który nie będzie zważał na jej ułomność. Domu, który przekona to maleństwo, że nie każdy człowiek jest potworem.
Zbieramy też pieniążki na pokrycie kosztów operacji.

28 lipca - Malwinka przeżyła. Jest wielce radosnym kotkiem - wspina się zapamiętale na wszystko - brak łapki zupełnie jej nie przeszkadza w życiu. Za tydzień będzie miała wyjęte druty z pyszczka :)

 

Mamy happy end - Malwinka ma dom !!

Zmieniony ( 29.07.2017. )
 
Troski mamy Sztachetki - dzieci znalazły domy, mama też :)

Jestem mamą. Kocią mamą. Kocham swoje dzieci  i jak każda mama chcę, żeby były szczęśliwe. Szczęśliwsze niż ja.
Urodziłam się w dużej kociej rodzinie. Niby mieliśmy „swoich” ludzi ale  tak naprawdę nikt się nami nie interesował. Mama mówiła mi, że czasami tak jest lepiej. Potem przekonałam się, że miała rację. Bawiłam się z rodzeństwem, jadłam co udało mi się porwać ze wspólnej miski. Kiedy zachorowałam nikt się mną nie zajmował – tylko mama lizała moje oczy. Teraz wiem, że robiła co mogła – ale ja i tak przestałam widzieć na jedno oczko. Kiedy dorosłam tylko raz ktoś zwrócił na mnie uwagę – powiedzieli, że robię się podejrzanie gruba i dość mają kotów do wykarmienia. Spakowali mnie do worka i  zawieźli nad rzekę.
To było przerażające. Tak przerażające że ja – pomimo iż nie lubię gryźć i drapać użyłam zębów i pazurów. Miotałam się w panice. Usłyszałam tylko z daleka głosy „co robicie, zostawcie to” i  za chwilę ktoś otworzył worek. Nie oglądałam się za siebie – uciekałam ile sił w łapkach. Kiedy nie miałam już siły długo szłam wzdłuż rzeki. Nie wiedziałam co mogę teraz zrobić – nie umiałabym wrócić zresztą za bardzo się bałam. Znalazłam sobie miejsce – najspokojniejsze jakie  mogłam – pod dużym mostem. Tam urodziły się moje dzieci. Pięć słodkich czarnych kuleczek. Bardzo o nie dbałam- myłam ich maleńkie ciałka, wydeptałam gniazdo w trawie. Potem przeniosłam do nieczynnej rury.  Pomimo iż sama byłam głodna –zawsze starałam się coś im przynieść. Jednak dzieciaki rosły, było mi z nimi coraz trudniej . Chciały się bawić, wychodzić. Były takie radosne, małe czarne iskierki. Były też niestety nieuważne. Wiedziałam, że miejsce, w którym mieszkamy nie jest dobre – w rurze nad samą rzeką…nie dano mi jednak wyboru…
Tego strasznego dnia bawiły się jak zwykle. W nocy padało i wody było bardzo dużo. Najmniejszy poślizgnął się i wpadł do rzeki. Krzyczał przerażony, machał  łapkami. Rzuciłam się za nim, płynęłam. Zniknął pod wodą. To było straszne…Do tej pory mam przed oczami jego strach i małe ciałko odpływające z nurtem….
Kocia rodzina zamieszkiwała rurę przy rondzie ul. Pałacowej i Branickiego. Cudem udało się uratować czwórkę pozostałych maluchów i zabrać kocią mamę. (wielkie podziękowania pani Bogusi i Jagodzie które z wielkim poświęceniem łapały kociaki na stromym brzegu)
Pani która zajęła się rodziną patrząc na kotkę powiedziała – „Boże, jaka ona chuda, jak sztachetka”! Tak więc kocia mama została „ochrzczona” Sztachetką. Obecnie może w spokoju zajmować się swoimi dziećmi – ocalałą czwórką słodkich „Sztachetek”.  Jest uroczą, pogodną koteczką która początkowo dziwiła się, że człowiek może służyć do głaskania. Kiedy to zrozumiała cały czas podstawia ufnie łepek, prosi o pieszczoty i o … miłość.
Nie jest niestety puszystą kulką. Ma też uszkodzone oczko (nie przeszkadza jej to w życiu, to tylko kwestia estetyczna). Czeka więc na kogoś, kto doceni jej miły charakterk, kto wie, że najważniejszy jest nie wygląd kota a jego serduszko.


Do 30 lipca dom znalazły wszystkie dzieci mamy Sztachetki :)

 Mama Sztachetka znalazła dom. Niestety wróciła i nadal szuka swojego domu...

Zmieniony ( 17.10.2012. )
 
Człowiek kotom zgotował ten los - Żółwiki mają domy :)

06 czerwca 2012 Kiedyś mieszkaliśmy na działce. Latem było cudownie – słońce, motylki, muszki. Teraz wydaje mi się, że to był sen. Pani która nas karmiła powiedziała któregoś dnia – idzie jesień – zamieszkajcie u mnie. Myślałem że wygrałem los na loterii – wiele kotów marzy przecież o swoim domu a tu – proszę. Jest!!
Ja i moje 2 koleżanki zamieszkaliśmy w niewielkim pokoju. Dostawaliśmy dobre jedzenie i bardzo się cieszyłem, że mam swoje miejsce na ziemi. Niestety, szybko odkryliśmy, że nie wcale nie będzie tak pięknie jak by się wydawało. Zaczęło się nas robić więcej i więcej. Chodziliśmy ciągle głodni. Było ciasno. I strasznie brudno. Nie umiałem się nawet doliczyć – pani która przychodziła czasem pomóc naliczyła nas 17. 17 kotów na 20m2 !!! Nikt już nie mógł do nas przyjść bo śmierdziało strasznie. Tak lubię czystość i porządek a nie dało się przejść aby łapką w coś nie wdepnąć.
 Żyliśmy tak przez ponad rok – pani mówiła że nas kocha i nie odda nikomu. Włos mi się jeżył na grzbiecie kiedy tego słuchałem. Myślałem, że umrę w tym strasznym miejscu…


Koty z ul. Żółwiej mieszkały w tragicznych warunkach. Brudne, głodne i bardzo nieszczęśliwe. Są kolejnym przykładem tego jak wiele zła może wyrządzić wiara w „prawa natury” i sprzeciw wobec sterylizacji. „Opiekunka” kotów pomimo kilkakrotnych prób pomocy odmawiała  sterylizacji, która wg niej  jest „sprzeczna z naturą” . Zmusiła za to te mądre i czyste zwierzęta do życia w głodzie i własnych odchodach. W imię „miłości” zgotowała im piekło…

30 maja Straż Miejska w towarzystwie inspektora TOZ odebrała opiekunce 13 kotów (2 zostały już wcześniej zabrane przez sąsiadkę, 2 nie dały się spakować) 3 z nich zamieszkały tymczasowo w lecznicy Boliłapka (róg 27 lipca i Wasilkowskiej) pozostałe w lecznicy Canwet (Zwycięstwa 26b)
 Koty powoli dochodzą do siebie – są stopniowo sterylizowane, odrobaczane, szczepione a przede wszystkim – odkarmiane.
Bardzo potrzebują swojego miejsca na ziemi.

 

 Prosimy Was – ludzi o wielkich zwierzolubnych sercach o czujność – przekonywanie swoich znajomych, sąsiadów i przyjaciół że sterylizacja jest najlepszym sposobem zapobiegania takim sytuacjom.


Koty z Żółwiej vel Żółwiki proszą natomiast o ludzi którzy je przygarną i pokażą jak powinno wyglądać dobre kocie życie. Z racji na warunki w jakich się wychowały mogą mieć problem z kuwetą ( w warunkach lecznicowych nie mają,ale dmuchamy na zimne;), dlatego szukają nie tylko domów – również gospodarstw wiejskich, stajni, obór gdzie w zamian za pełną miskę będą mogły ‘pracować’ i chronić swoich wybawców przed gryzoniami.

12 czerwca 2012 - przedstawiamy 3 pierwsze Żółwiki - piękne rudości z lecznicy Boliłapka. Już po "serwisie" - czyściutkie, odrobaczone, zaszczepione  -wyglądają kogoś kto je pokocha...

 

01 lipca - Żółwiki z Boliłapki znalazły swojego Człowieka.

Ponadto do zaprzyjaźnionych gospodarst pojechały jeszcze cztery.

 

Na obecną chwilę w leczincy Canvet przebywa 6 ostatnich Żółwików

 28 lipca - wszystkie Żółwiki znalazły już swoje miejsce :)

 

Zmieniony ( 28.07.2012. )
 
Bardzo bardzo sprytne...

W ciągu ostatnich 2 tygodni na terenie miasta zostały znalezione 4 kartony z kociętami (min. Bamboludki, Okruszki, Pingwinki)
Zdezorientowani i niezbyt szczęśliwi znalazcy  dzwonili,  że maleństwom grozi niebezpieczeństwo.
Większość maluchów udało się uratować. 3 najmniejsze padły na zapalenie płuc – stały w kartonie na podwórku a że zapewne wcześniej mieszkały w domu nie były przyzwyczajone do niskich temperatur...
Zapewne osoby które je wystawiły za próg czuły się dobrymi ludźmi – w końcu nie zabiły.
„Dobrym ludziom” nie starczyło jednak wyobraźni by przewidzieć że jeśli ich kotka nie jest wysterylizowana to może zajść w ciążę. Nie wpadli też na to że jeśli ich kotka się okoci to nie będzie co zrobić z kociętami.
Wpadli natomiast na świetny pomysł – postawić w kartonie, podrzucić komuś. Niech inni się martwią. Bardzo, bardzo sprytne.

Bardzo prosimy wszystkich kotkolubów – zwracajcie uwagę na to czy wasi przyjaciele, sąsiedzi, znajomi mają wysterylizowane zwierzaki. Jeśli nie – zachęcajcie ich do tego ze wszystkich sił. Tylko w ten sposób można tak naprawdę uniknąć kocich i psich tragedii  i definitywnie rozwiązać problem bezdomności.

Maluchy którym udało się przeżyć:

 

 

Zmieniony ( 02.06.2012. )
 
Informacja o wynikach zbiórki publicznej

Fundacja Kotkowo informuje, iż zgodnie z zezwoleniem Prezydenta Miasta Białegostoku nr ORN-IV.5311.26.2011 z dnia 3 czerwca 2010 r. w okresie 15 czerwca 2011 r. – 31.05.2012 r. na terenie miasta Białegostoku została przeprowadzona zbiórka publiczna w formie zbierania ofiar do skarbon stacjonarnych. Celem zbiórki było pozyskanie środków, które zostały przeznaczone na finansowanie usług weterynaryjnych świadczonych na rzecz kotów wolno żyjących, w szczególności: leczenia, szczepień, zabiegów sterylizacji lub kastracji i pomocy weterynaryjnej w nagłych wypadkach.

Zbieranie ofiar do skarbon stacjonarnych przebiegło zgodnie z Planem organizacyjnym zbiórki. Ofiary zbierane były do 10 skarbon stacjonarnych, zamkniętych i zaplombowanych w sposób uniemożliwiający dostęp osób niepowołanych. Skarbony zostały umieszczone w obiektach prywatnych na terenie miasta Białegostoku, w szczególności: lecznicach i przychodniach weterynaryjnych, sklepach zoologicznych i z artykułami dla zwierząt, za pisemną zgodą właścicieli tych obiektów.

W wyniku zbiórki pozyskano kwotę 18 526,88 zł (słownie: osiemnaście tysięcy pięćset dwadzieścia sześć złotych i osiemdziesiąt osiem groszy). Kwota ta została przeznaczona na zakup usług weterynaryjnych na rzecz kotów wolno żyjących w kwocie 18 228,70 zł (słownie: osiemnaście tysięcy dwieście dwadzieścia osiem złotych i siedemdziesiąt groszy) oraz sfinansowanie części kosztów związanych z przeprowadzeniem zbiórki w kwocie 298,18 zł (słownie: dwieście dziewięćdziesiąt osiem złotych i osiemnaście groszy), w tym: 147,60 zł – koszt wykonania skarbon oraz 150,58 zł – usługi poligraficzne (koszt druku materiałów informacyjnych). Koszty związane z przeprowadzeniem zbiórki pokryte z pozyskanych w jej ramach środków stanowiły 1,6% zebranej kwoty. Pozostałe koszty związane z przeprowadzeniem zbiórki, w tym koszty opłat związanych z uzyskaniem pozwolenia na jej przepro-wadzenie, pokryte zostały ze środków własnych Fundacji.

Niniejsze ogłoszenie zamieszczone będzie w okresie 31.05.2012 - 01.07.2012 r. 

Zmieniony ( 31.05.2012. )
 
Krysia-mały głuptasek, ma szansę żyć?

Miau

Mam na imię Krysia i jestem kocim głuptaskiem . Moja mam zawsze mi powtarzała, że powinnam bardziej na siebie uważać, bo  moje 9 kocich żyć uda mi się wykorzystać ekspresowo. Niestety – wiadomo, młodzież,  nawet ta kocia nie zawsze słucha mamy - Pewnie dlatego kiedyś spadłam z drzewa i prawie zjadł mnie niezbyt miły pies. Ale ostatnio…

Mieszkałam z rodziną na parkingu - było bardzo zimno, - 30 stopni. Strasznie marzłam, nie zawsze miałam co jeść, bo nawet jeśli coś dostaliśmy od razu zamieniało się w lód. Tak bardzo chciałam żeby w końcu zrobiło mi się ciepło… Próbowałam przytulać się do mamy, siedzieć na słoneczku. Ale co może jeden malutki kotek w obliczu tak strasznej zimy? Czasami siedziałam na maskach samochodów – choć przez chwilę mój brzuszek nie zamarzał.  Ale mogłam przycupnąc tylko na chwilę – od razu pojawiał się właściciel i krzyczał żebym natychmiast zeszła. Myślałam, że będę sprytniejsza i zaczęłam chować się pod maskę. Tak stało się też tego pechowego dnia – schowałam się do cieplutkiej komory silnika i…zasnęłam. Obudziłam się a wokół wszystko huczało. Moje serduszko prawie wyskoczyło ze strachu, rzucało mnie na boki, chyba chwilami traciłam przytomność. Krzyczałam żeby mi ktoś pomógł ale hałas był ogromny. Kiedy huk ustał ktoś zaczął mnie wołać – ale jak miałam wyjść? Czułam tylko ogromny ból, nie mogłam się ruszyć.  Dookoła zebrało się wielu ludzi – stukali, wołali. W końcu mnie wyciągnęli. Zawieźli do dziwnego miejsca, zastanawiali się czy nie powinni mnie uśpić. Byłam taka przerażona, przecież mam dopiero 7 miesięcy. Tyle jeszcze chcę zobaczyć.  Dostałam wiele zastrzyków. Byłam dzielna. Naprawdę, słowo. Pomimo iż wszystko mnie bolało.

Zajęła się mną Duża. Kocham ją bardzo. Ale widzę że się martwi. Mam jeszcze trochę problemów, ale baaardzo się staram. Chcę wyzdrowieć. Chcę żyć.

Przygoda z Krystyną zaczęła się 29 lutego zupełnym przypadkiem. Na parkingu pewna pani poprosiła o pomoc przy wywabieniu kota spod maski samochodu. Okazało się, że kotek dostał się do środka w Choroszczy i przejechał w ten sposób 15 km, pani usłyszała piszczenie dopiero w centrum miasta. O pomoc zostali poproszeni strażacy, którzy musieli rozebrać częściowo samochód żeby uwolnić kotka. Natychmiast przewieźliśmy ją do lecznicy, gdzie okazało się, że kicia jest mocno poturbowana. Miała złamany ogon u nasady, przemieszczoną miednicę, zranioną łapkę, obite nerki, nie mogła się sama wysiusiać, po wyciśnięciu pęcherza leciała krew. Wyglądała żałośnie, małe obite kocie nieszczęście, cała w silnikowym brudzie i smarach. Podano jej kroplówkę, leki i chcąc nie chcąc zabrałam ją do domu na całonocną obserwację połączoną z podawaniem leków przez wenflon. Rano kotka była już w nieco lepszym stanie, więc razem z lekarzami zdecydowaliśmy o kontynuacji leczenia i tak to trwa do dzisiaj. Początkowo woziliśmy Krysię do lecznicy 2 razy dziennie, później nauczyliśmy się wyciskać jej pęcherz i podawać zastrzyki i tabletki. W międzyczasie trzeba było zszyć jej zranioną łapkę, na szczęście ładnie się zagoiła, dwa dni temu szwy zostały zdjęte.

Kicia jest cudowna, ma wspaniały charakter, jest wdzięczna, uwielbia się przytulać. Nie ma jeszcze roczku i szaleje ze swoja zabawką jak przystało na kociaka, cieszy się każdym dniem swojego drugiego życia;) Niestety leczenie pochłonęło wszystkie moje oszczędności, poza tym nie mogę zatrzymać Krysi, zwyczajnie nie mam do tego odpowiednich warunków.

Leczenie w tej chwili ogranicza się do zastrzyków Nivalinu, który ma pomóc w regeneracji uszkodzonych nerwów, ponieważ kotka ma problemy z wypróżnianiem.

Krysia potrzebuje opiekuna, który poświęci jej trochę czasu, cierpliwości i uwagi dopóki nie wróci do pełnego zdrowia.

Priorytetem jest znalezienie jej nowego domu, ponieważ ja z dnia na dzień mogę być zmuszona do wyjazdu i wtedy naprawdę nikt nie będzie mógł się nią zająć. Poświęciłam kici ostatni miesiąc, dosłownie wszystko zostało jej podporządkowane, bo wymagała opieki 24 godziny na dobę. Teraz już mogę ją bez obaw zostawić w domu na jakiś czas, ale na początku nawet wyjście do sklepu nie było możliwe. Najgorsze minęło i teraz opieka nad Krysią nie jest już uciążliwa. Szkoda byłoby zaprzepaścić efekty dotychczasowego leczenia, kicia przeszła już tak wiele i tyle wycierpiała, że byłoby to naprawdę tragiczne, gdyby to wszystko poszło na marne.  Druga sprawa to oczywiście pieniądze, niestety niezbędne w dalszym leczeniu Krysi. Każdy, kto ma zwierzaka wie, ile kosztuje leczenie.

Chciałabym przy okazji wyrazić wielką wdzięczność i podziw lekarzom z lecznicy „Zwierzak” przy ul. Piastowskiej, wspaniale zajęli się Krystyną i gdyby nie ich fachowa pomoc i wielkie serce dla małego poturbowanego kociaka, to z pewnością nie udałoby się jej przeżyć.

My ze swojej strony wyrażamy uznanie pani Eli, która tak troskliwie zajęła się Krysią – zupełnie bezinteresownie podjęła się ratowania obcego kotka. Ma pani wielkie serce:)

Obecnie Krysia najbardziej potrzebuje

- ciepłych myśli;)

- kochającego domu

- pieniążków na opłacenie leczenia

Tu artykuł o wyciąganiu Krysi z silnika

A oto kilka  zdjęć Krysi, jest ideałem kociego piękna

 

 

Zmieniony ( 30.03.2012. )
 
««  start « poprz. 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 nast.  » koniec »»